A gdy znajdziesz się już wśród obcych ludzi, będzie dla Ciebie zdumiewające, jak bardzo są oni przyzwoici. Nikt Cię nie wyśmiewa, ani nie obmawia, nikt nie jest urażony twoim sukcesem ani nie rozkoszuje się Twoją porażką. To co było kiedyś, można zostawić za sobą, umorzyć w pewien sposób.
Garrison Keillor - „Rozstanie z domem”
O ile nie każdy z nas przechodzi w życiu przez obsesje, bezrobocie, alkoholizm czy osamotnienie, o tyle problem śmierci i utraty dotyczy wszystkich. Różnica polega jedynie na sposobie, w jaki będziemy radzili sobie z tym, gdy się wydarzy, i z wiedzą o tym (a chcąc nie chcąc mamy tę wiedzę), że prędzej czy później temat ten w jakiś sposób zacznie dotykać i nas bezpośrednio.
Najprostszym i najbardziej chyba naturalnym sposobem radzenia sobie ze śmiercią jest zaprzeczenie. Nie chcemy myśleć o śmierci. Nie chcemy jej widzieć, ani o niej rozmawiać. Nie chcemy też myśleć o nieuchronnej konieczności tracenia osób i rzeczy, z którymi czujemy się związani. Tak więc zaprzeczenie jest pierwszą metodą obrony.
Entuzjaści dalekowschodnich religii lubią w tym miejscu porównywać dwie troszkę podobne historie. Pierwsza jest o wskrzeszeniu i znamy ją wszyscy. Ktoś umiera, ale może zostać wskrzeszony, bo osoby, które go kochały, bardzo mocno w to wierzą. Tak więc składają prośby i umarły zostaje ożywiony. Utrata jest odwołana. Wniosek jest prosty - jeśli będziemy mocno wierzyli i ufali, jeśli tylko postaramy się odpowiednio, to problem utraty zostanie rozwiązany w ten sposób, że jej nie będzie. To samo ze śmiercią. Problem wprawdzie jest, ale jeśli się mocno w to wierzy, można tej śmierci uniknąć i w jakiś sposób żyć bez końca. Istnieje ktoś dobry, kto ma nad tym władzę i to od nas po prostu odsunie. To krzepiący przekaz.
Druga historia jest nieco mniej znana. Zdarzyło się podobno, że do Buddy przyszła zrozpaczona kobieta prosząc o ożywienie jej zmarłego dziecka. Odpowiedział jej, że do takiej magii potrzebne jest ziarnko gorczycy z domu, w którym przez ostatnie trzy lata nikt nie umarł, nie doświadczył straty, żadnego większego cierpienia, ani też w którym nie mieszka nikt spokrewniony z kimś, komu ktoś zmarł w tym okresie. Możliwa jest tylko jedna próba, kobieta powinna więc o to wypytać dokładnie. Jak się nietrudno domyśleć, po kilku dniach bezowocnych poszukiwań stało się jasne, że zadanie jest niewykonalne. Kobieta zrozumiała, że swoje przeżycie dzieli z wszystkimi ludźmi i jak twierdzą ci, co przekazują tę smutną historię, to zrozumienie przyniosło jej ulgę. Słuchając tej opowieści wiele osób odczuwa złość. Wielki, sławny nauczyciel dał nadzieję zrozpaczonej matce, a w gruncie rzeczy skazał ją na wiele dni bezowocnych poszukiwań pomocy, wysłuchiwanie setek historii o śmierci, które w jej sytuacji nie za wiele ją mogły obchodzić, by wreszcie właściwie zostawić ją z niczym. Być może zakpił z niej sobie? Może właśnie dlatego, że była kobietą? Trudno dziś stwierdzić jak było. A i spytać nie ma kogo, bo w kilka lat po tej historii problem śmierci dotknął i samego mistrza, który zjadłszy nieświeży grzyb zmarł na zawsze i całkiem zwyczajnie. Dalszych losów kobiety nie znamy. Jakkolwiek by jednak ta para nie różniła się kiedyś prestiżem, jest pewne, że teraz są równi.
Wiedza o nieuchronności własnej śmierci, to chyba najlepiej skrywany i najstaranniej zaprzeczany fragment naszej świadomości. Podobnie jest z myślą o kończeniu się ważnych dla nas rzeczy, odejściach najbliższych i stratach. Częstym sposobem obrony jest tu zaprzeczenie samemu przywiązaniu. Ktoś kto odchodzi, zostaje łatwo zastąpiony kimkolwiek innym. Symbolem czasów obowiązkowej niemal wielokrotnej monogamii jest postać osoby, która gładko i swobodnie przechodzi z jednego związku w drugi, nigdy właściwie nie czując utraty partnera. Żal po odejściu zostaje zasłodzony pojawieniem się nowej osoby i nowym szczęściem, lub złością na kogoś, kto był tak ważny a zawiódł. W tym drugim przypadku zamiast żałoby mamy więc pełną przemocy sprawę sądową.
Jeśli już przy rozwodach jesteśmy, styl załatwiania problemu ze stratą, polegający na zaprzeczeniu przywiązaniu do ważnych osób, proponuje się także najmłodszym. Współczesna rozwodząca się para nie ma z rozwodem problemu. Tylko sądy stwarzają problemy, gdyż są nienowoczesne i postkomunistyczne. Nie tak jak w Anglii, gdzie takie rzeczy załatwia się (elektroniczną?) pocztą. Dzieci nie mają z tym, co się stało, kłopotu. Są dojrzałe i ponad wiek rozwinięte. Doskonale rozumieją sytuację i są zadowolone, że rodzice nie są razem, bo jak byli razem to się kłócili, a teraz jest spokój. Mają więc z rodzicami teraz świetny kontakt, kiedy ci ich odwiedzają, i w ogóle to dzieci teraz czują ulgę, bo wreszcie rodzice są zadowoleni. No i uwielbiają ciocię Basię i wujka Roberta. Naprawdę. Dobrze się uczą, mają kolegów, interesują się komputerem i wszystko jest naprawdę w porządku. Nie ma żałoby, nie ma straty, nie ma sprawy.
Ten dobrze wyćwiczony styl radzenia sobie z zerwaniem więzi bywa realizowany w późniejszym życiu dorosłym, gdzie dochodzić może właśnie do takiego płynnego, bezbolesnego przechodzenia z jednego związku w drugi. Radzenie sobie ze stratą przez zaprzeczenie przywiązaniu symbolizuje też sposób, w jaki traktujemy przedmioty i miejsca. Tworzenie rzeczy z założenia trwałych jest dziś zupełnie niemodne. Kupujemy coś, o czym z góry wiadomo, że nie przetrwa dłużej niż kilka lat. Ubranie, które nosiliśmy w zeszłym roku bezwzględnie należy zamienić na nowe. Miejsce zamieszkania zmieniamy kilkanaście razy w ciągu życia. W pracy nie zostajemy dłużej niż pięć lat. Bo stagnacja. Komputer na którym piszę te słowa jest całkiem nowy. Za pięć lat wcale nie będzie gorszy niż jest teraz, ale go wyrzucę. Kto miałby trzymać lub kupić starego grata w sytuacji, gdy tak łatwo można kupować nowe? Z jakiegoś tajemniczego powodu to jednak nie nowe laptopy, a stare maszyny do pisania awansują po latach na element wystroju kawiarni. Tworzą nastrój. Sugerują nam, że z jakiegoś powodu to właśnie w tym miejscu dzieją się rzeczy, które wciąż trwają mimo mijania czasu. Mówią nam, że przychodzą tu ludzie zdolni się przywiązywać. A większość z nas lubi przebywać w takich miejscach.
Żałoba to nie tyle stan, ile proces. Aby go dobrze zrozumieć, warto przyjrzeć się depresji, która jest jego częścią. To podstawowa reakcja na utratę.
Psychoanalityczna teoria depresji jest dość złożona. Według niej przywiązywanie się do osób, rzeczy, miejsc i idei jest naszą naturalną skłonnością. Kiedy tracimy obiekt przywiązania, nie znika on oczywiście z naszych myśli. Jest w jakimś sensie stale obecny. Różnica polega jednak na tym, że teraz staje się ich nieprzyjemnym, bolesnym elementem. Jednocześnie jednak przywiązanie wciąż trwa. W tym samym czasie chcemy zachować obiekt przywiązania i czujemy złość do niego, bo już nas nie zaspokaja. Próbując go zachować w sobie, w pewien sposób identyfikujemy się z nim. Tak więc złość na niego staje się złością na siebie. Depresja jest więc w pewnym sensie złością, tyle, że skierowaną do wewnątrz. Ten pomysł, choć na pierwszy rzut oka dziwaczny, wydaje się nieźle tłumaczyć istnienie tak zwanego trójkąta depresyjnego, który w depresji można zaobserwować. Jest to specyficzny zestaw trudnych do obalenia schematów myślowych:
Jeśli którykolwiek z wierzchołków tego trójkąta by zniknął, depresja musiałaby minąć. Kłopot w tym, że osoby w depresji niełatwo z którymkolwiek z tych elementów się rozstają.
Według psychoanalizy depresyjna reakcja możliwa jest nie tylko wtedy, gdy tracimy osobę lub miejsce. Równie dobrze obiektem przywiązania może być konstrukt myślowy. Na przykład niezbyt nawet jasno uświadamiany zbiór wyobrażeń o tym, że można wieść życie w określony, atrakcyjny sposób. Powiedzmy, być wieczne zbuntowanym młodym członkiem wielkomiejskiej bohemy. Jeśli z jakiegoś nie do końca widocznego dla wszystkich powodu upada pewna idea związana z tym sposobem życia, stracony zostaje zestaw towarzyszących temu skojarzeń i symboli. Być może też jakiś związany z tym specyficzny język i typ estetyki. Upada nam jakiś mit. Wkrótce po tym pojawia się depresja, której przyczyn ani nikt w otoczeniu, ani sam zainteresowany, nie rozumieją do końca. Nic konkretnego się przecież nie stało. Nikt nie umarł, masz nową, dobrą pracę, masz dobry związek, ładny dom, przyjaciół. Skąd ta depresja? Może idź do lekarza, niech ci coś przepisze? Warto wiedzieć, do czego jesteśmy przywiązani, by nie przeoczyć chwil, gdy to tracimy.
Obserwujemy ten proces po rozpadzie nawet nieudanych małżeństw. Dwoje żyjących wspólnie ludzi, nawet gdy się nie zgadzają, tworzy siatkę zachowań, symboli i gestów zrozumiałych i znanych dla obydwu stron. Wiele czynności i zwrotów ma sens tylko w obrębie tej jednej relacji. Z chwilą rozpadu obie strony zostają z całą masą specyficznych interpersonalnych umiejętności, z którymi nie ma co zrobić, bo nikt inny ich nie rozumie. Partner być może był nudny, ale gdy wracaliśmy do domu, zawsze grał telewizor. Teraz jest cisza. Mógł być niezaradny, ale tylko on pamiętał gdzie są położone klucze od piwnicy. Czujemy więc stratę w tysiącach drobnych, zaskakujących szczegółów. Stąd tylko krok do niezrozumiałej dla innych depresji. Przecież chcieliście tego. W czym problem? W wielu przypadkach zdarza się, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo jesteśmy od kogoś zależni, dopóki go nie utracimy.
Proces żałoby ma swoje fazy i wymaga czasu niezbędnego, by mógł się dopełnić. Żałoba zaprzeczona, przerwana przez "przemówienie do rozumu", zasłodzona nową przygodą, zamaskowana złością lub zakazana z powodu "ważniejszych obowiązków" nie mija i nie znika. Bywa, że i kilkadziesiąt lat może przeczekać, by pojawić się kiedy znajdzie wreszcie dobry moment. Wtedy też mamy niczym nie dającą się wytłumaczyć depresję. Tak więc żałobę trzeba po prostu przeżyć od początku do końca. Przepłakać i przeleżeć. Ile? Tyle, ile będzie trzeba. Nie ma oczywiście "wzoru na przeżywanie żałoby", najczęściej jednak mówi się o czterech fazach.
W przypadku spokojnie, w bezpiecznych warunkach przeżytej i nie przerywanej żałoby całkowita reorganizacja i powrót do równowagi możliwe są po upływie do półtora roku. Jeśli wymienione wyżej objawy utrzymują się dłużej, podejrzewać należy, że występują jakieś trudności w reorganizacji, które wymagają fachowej pomocy.
Pewne elementy w żałobie są stałe. Z tych lub innych przyczyn, ale w żałobie wszyscy przeżywamy jakiś rodzaj poczucia winy. Pytamy dlaczego właśnie nas to spotkało, dlaczego właśnie ta osoba musiała odejść i czy mogliśmy coś zrobić, by tego uniknąć. Tworzymy alternatywne scenariusze. Gdybym tego dnia wcześniej zadzwonił, gdybym weszła, nie wyszła, nie powiedział tego, gdybyśmy nie wyjechali, gdybym tylko sprawdził, czy tego dnia wzięła te leki, gdybyśmy lepiej zadbali... Innym stałym elementem jest porównywanie się z innymi. Tymi, których to nie dotknęło. Oni mają coś, czego my już nie mamy. Trudności w kontakcie z bliskimi. Tymi którzy zostali. Można powiedzieć, że w różnych rodzajach żałoby - po bliskiej osobie, która zmarła z naturalnych powodów, po rozpadzie związku, po utracie ważnego obiektu przywiązania, po samobójczej śmierci bliskiej osoby, po śmierci dziecka - te elementy występują w różnych proporcjach.
Iris Bolton, amerykańska pisarka i terapeutka, której nastoletni syn odebrał sobie życie, opisała swoje przeżycia w książce pt. “Mój syn... Mój syn... Poradnik zdrowienia po śmierci, stracie lub samobójstwie” (“My son... My son. A guide to healing after death, loss, or suicide”). Kończy ją następującymi radami:
tekst: Paweł Droździak dla portalu Republika Kobiet
Projekt graficzny i skład: W3 Style Serwisy Internetowe 2009